Dzisiejszego dnia deszcz był sprzymierzeńcem dla mojego oddechu. Rozmazał mi też trochę punkt widzenia, ale perturbacje się zdarzają. Może przez to nie przeszkadzało mi wcale siedzenie na mokrej huśtawce. Ciągle zlepiam strzępki w całość, często chodzę boso po trawie, pochłaniam duże ilości herbaty i papierosów. Wdech i wydech.
Uzupełniam zapasy herbaty, książek, muzyki i siebie, a słońce grzeje coraz mocniej. Niezmiennie jest mi przyjemnie, pięć dni tygodnia zlewa sie w jeden. No more blood shit.
It’s better to know my place Where to we go I’ll follow if you set pace Show me some surrender please Then let your judgement fall
* * *
* * *
* * *
* * *
* * *
* * *
Wygospodarowany wolny wieczór, mój pokój nad światem. Muzyka masuje uszy, strong masuje kubki smakowe, grubaśne skarpety grzeją mnie az do kolan. Zdecydowanie dobrze mieć raz na jakiś czas, taki wieczór tylko dla siebie.
Zanim wrócimy do Magdy, mam jeszcze zeszłoroczny freestyle aka pierwszy (więc w sumie nie taki dawny). Zdjęcia same się wstawiły, głównie z tęsknoty za zimą. Pewnie majówka 2012 będzie kuligiem po Wysowej, skoro od dłuższego czasu pogodynka robi czary-mary… no cóż, przecież mamy pseudoświatkakoniec, więc dla anomalii pogodowych też się miejsce znajdzie. Poniżej dobra miejscówka, dobre chłopaki i dobra zima!
Półmetek grudnia, chyba piętnasty. Ewidentny brak zimy, mimo to, na nadmiar słońca też nie można było narzekać. Stara dobra Huta nas nie zawiodła, więc poczarowałyśmy trochę w jej zakamarkach. Mam smaki, więc w następnej części Magdowej będą gwiazdorzyć kwadraty. Chill and bass, robaczki.
Trochę mgły, zegar zbliża się d godziny 15:00, jesienny grudzień, papierosy. Ona z bałaganem na głowie, który niesamowicie do niej pasuje. Lekko zamyślona, urokliwie speszona, a przy tym tak twarda.